Ograniczamy spadki kapitału

Zjawisko chwilowego spadku kapitału jest czymś normalnym w świecie inwestorów i nie należy się nim przejmować. Problemy zaczynają się dopiero w momencie kiedy owy spadek ma stały trend spadkowy oraz w chwili kiedy jest on na tyle duży że nie pozwala na dalsze jakiekolwiek operacje.

W takim wypadku pozostaje zamknąć część inwestycji będących w trakcie – co spowoduje stratę – a otwieranie nowych po prostu zamrozić. Spytacie dlaczego po prostu nie zamrozić wszystkich posiadanych inwestycji i przeczekać gorszy okres? Z dwu powodów.

Po pierwsze przedsiębiorstwo – i tutaj nie ma znaczenia czy przedsiębiorstwem nazywamy jedną tylko osobę czy firmę zatrudniającą ich kilkadziesiąt – zawsze potrzebuje funduszy operacyjnych. Czy to na pensję dla pracownika czy na opłatę czynszu za biuro. Z drugiej gro inwestycji potrzebuje być przez pewien okres dofinansowywane aby dopiero wtedy wypłynąć „na prostą” i zacząć generować zysk. Bardzo dobrze to widać na giełdzie Forex gdzie otwarta pozycja „zjada” po dźwigni nawet 500-krotność generowanej straty.

Jak więc unikać tych pechowych spadków? Są dwie koncepcje.

  1. Pierwsza z nich polega na ułożeniu spółek w które potencjalnie można inwestować w kolejności od najlepiej zarabiających czy mających najlepszy współczynnik ROE (return on equity – stopa zwrotu z kapitału własnego – czyli mających najlepszą rentowność) i inwestycji równej ilości środków w 10 najlepszych (po 1/10 na każdą).
  2. Drugi zaś to po prostu ustalenie kilku najważniejszych dla nas wskaźników i ich minimalnej wartości poniżej której nie dojdzie do żadnej inwestycji.

Powyższe koncepcje, mimo iż obie są skuteczne, prezentują dwa zupełnie różne toki rozumowania. W pierwszym inwestujemy w konkretną ilość spółek: w każdą identyczną kwotę. Czym więc wyższa posiadana suma na początku, tym wyższa pojedyncza składowa. W drugim zaś możemy dowolnie dzielić posiadany kapitał inwestując równie dobrze w 5 co w 50 spółek – grunt żeby wszystkie spełniały początkowe założenia.

Którą więc wybrać? Pamiętajmy że w dobie internetu mamy możliwość automatyzacji i skorzystania np: ze skryptów które w naszym imieniu będą inwestować określone kwoty przy określonych założeniach. W ramach testu postąpiłem podobnie i w ciągu ostatniego roku z początkowo zainwestowanego 1000pln na każdy sposób zarobiłem odpowiednio:

  1. sposób 1: 1123zł
  2. sposób 2: 1347zł

Czy oznacza to że metoda nr2 była lepsza? W żadnym wypadku! Jeden rok to stosunkowo zbyt krótki okres czasu by potwierdzić jakąkolwiek tego typu teorię. Co więcej szereg teorii i rozważań jakie można znaleźć w książkach obalają ją całkowicie. Generalna bowiem zasada brzmi by inwestować możliwie różnorodnie – wtedy nawet duże załamanie rynku które często dosięga najlepszych nie będzie aż tak odczuwalne dla naszego portfela. I właśnie ostatnie zdanie – ku zaskoczeniu niektórych – jest podsumowaniem dzisiejszego wpisu.

NewConnect dla hobbystów?

Temat nieco dziwny i może być bardzo różnie interpretowany. Zaznaczam że we wpisie publikuję jedynie swoje zdanie podparte przytoczonymi argumentami. Niemniej nie oznacza to że na NewConnect (NC) nie da się zarobić: można jednak według mnie ma on w sobie bardzo dużo elementów gry losowej a końcowy efekt jest zbyt mocno nieprzewidywalny.

Czym jest NewConnect? Według definicji Wikipedii to

zorganizowany rynek akcji Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie, prowadzony poza rynkiem regulowanym w formule alternatywnego systemu obrotu.

Nie znajdziemy tam firm znanych z WIG20. Nie będzie Lotosu czy PKO. Będą za to mniejsze, w szczególności związane z nowymi technologiami. Mniejsze czyli na tyle małe iż nie miały szansy znaleźć się na GPW jednak mające do tego aspiracje. Niestety w dużej mierze są one mocno przeinwestowane i bardzo wielu komentatorów twierdzi że zwyczajnie nie mają pokrycia chociażby w przychodach: spekuluje się jedynie że w przyszłości zaczną zarabiać. Nie zmienia to faktu że większość tamtejszych debiutów kończy się stratą… Jak jest naprawdę? Czy rynek to faktycznie spekulacja bez pokrycia? Zapraszam do dalszej części artykułu.

Przypomnijmy sobie rok 2000 i olbrzymie pieniądze inwestowane w nowe technologie. Setki milionów dolarów wrzucone do worka z którego już rok później nie można było wyciągnąć nawet małej części wcześniej umieszczonych pieniędzy. Wielkie załamanie rynku i olbrzymie straty. Obecnie bardzo podobny model prezentuje NC. Z tą tylko różnicą że w tej chwili część firm faktycznie zarabia. I nic nie zapowiada wielkiego krachu giełdowego.

Oczywiście… ponad połowa debiutujących na GPW spółek w pierwszym roku przynosi stratę. Średnio inwestycja w 4 na 6 przyniesie jednak zysk. Będzie on umiarkowany ale pewny. Na NC proporcja wynosi około 3/4 – 75% nowych debiutów przyniesie stratę.Pozostałe 25% może jednak okazać się drugim Facebookiem z którego wygenerowany przychód pozwoli nie tylko pokryć stratę ale też wygenerować bardzo duży zysk. Taka jest teoria. Niestety trafienie w podobną inwestycję jest trudniejsze niż przysłowiowe trafienie 6 w lotto. Co innego tradycyjna giełda gdzie przez ostatnie 20 lat wypracowano pewne modele pozwalające oszacować z pewnym przybliżonym prawdopodobieństwem co będzie dalej.

Warto też wspomnieć iż kapitał potrzebny do debiutu na GPW to 60mln złotych. 120 razy więcej (czyli 0.5mln) niż na NewConnect. Również obowiązki generowania sprawozdań w przypadku tego pierwszego są dużo bardziej restrykcyjne. To zaś pozwala na większy nadzór i mniejsze ryzyko wyłudzeń. I właśnie te dwa ostatnie argumenty powinny przekonać Cię że pieniądze często wolą tradycyjne rozwiązania. Chyba że działamy jako firma która wprowadza spółkę na giełdę a kiedy ta urośnie, szybko ucieka z tonącego statku…

Złote zasady Hevina Daly

Jeden z bohaterów książki Hedge Fund Market Wizards (obawiam się że nie znajdziecie tego tytułu z polskich księgarniach – można kupić na Amazonie) w ciągu 2 lat (’99-’01) stopę zwrotu przekraczającą 870% brutto. Chciałbym dziś podjąć dyskusję o tak dużych możliwościach zwrotu: czy jest to realne zadanie dla przeciętnego czytelnika? Oczywiście pomijam tutaj kluczowy fakt: Kevin na samym początku inwestował kwoty rzędu kilkuset tysięcy USD – zwrot więc mógł być liczony w milionach. Zwykły inwestor posiadający na początku kilkanaście tysięcy również by nieźle zarobił jednak różnica między końcowymi kwotami jest kolosalna.

Dlaczego o tym piszę na samym początku? Żeby Wam uzmysłowić istnienie jednego drobnego faktu który nie pozwala większości zarabiać naprawdę dużych pieniędzy. Chodzi o barierę psychologiczną: czym wyższymi kwotami obraca inwestor tym bardziej jest ostrożny. Chce obracać pieniędzmi często ale nie w całości a inwestując poszczególne części kapitału w wiele drobnych zakupów. To z kolej skłania nas do zastanowienia się, jak dużo powinno ich być. Uwaga! To pierwsza pułapka (w której m.in. można przeczytać w książce) – wiele drobnych transakcji jest jak najbardziej ok jednak pójście w ilość powoduje że gracz (pozwolę tak sobie nazwać naszego inwestora) może przegapić moment kiedy należałoby spasować. Posiadanie dużej gotówki wcale do tego nie przekonuje: wręcz przeciwnie, aż chce się „łapać kolejne okazje”.

Wracając jednak do bohatera z książki. Traktuje on giełdę podobnie jak wielu guru zajmujących się handlem nieruchomościami czy chociażby jak Warren Buffett: inwestowanie w spółki traktuje jako ich przejęcie (poprzez wykupienie na tyle dużego pakietu akcji by mieć możliwość decydującego głosu podczas spotkań zarządu).
Jak proces wygląda w praktyce? Najpierw należy skanować rynek w poszukiwaniu przedsiębiorstw cechujących się niskim wskaźnikiem fundamentalnym. Korzysta z:

  • P/FCF (cena/wolne przepływy pieniężne),
  • P/E (cena a zysk),
  • EV/EBITDA (wartość przedsiębiorstwa względem zysku przed odsetkami, podatkami i amortyzacją),
  • EV/EBIT (wartość przedsiębiorstwa względem zysku przed odsetkami i podatkami).

Dzięki takiemu przefiltrowaniu wyławia około 5% kandydatów którym warto przyjrzeć się bliżej. Jak je analizuje: tutaj nie są brane pod uwagę czynniki czysto matematyczne a bardziej analiza fundamentalna: newslettery, wieści z gazet i konkurencji, raporty analityczne, itd.. Zanim jednak to nastąpi, wybierane są jedynie firmy które dostarczają towary i usługi będące niezbędnymi. Nie ma tutaj więc spółek kreujących modę na swoje produkty; są tylko te z bardziej tradycyjnym i sprawdzonym podejściem.

Na sam koniec – to co czego chciałem dojść na początku wpisu – Kevin inwestuje jedynie w spółki na których działalności się zna. Lub ma o ich działalności przynajmniej względne pojęcie. To bardzo mądre działanie: szczególnie dziś kiedy wielu inwestorów działa na zasadzie owczego pędu: skoro duża grupa kupuje, kupię i ja. Czasami się uda a czasami nie. Jeśli jednak chcemy dojść do czegoś większego, dobrze jest skupić się na zagadnieniach które rozumiemy. Jeśli jesteśmy specjalistami IT, inwestujmy w spółki zajmujące się nowymi technologiami. Jeśli nasi rodzice mają przedsiębiorstwo rolne, zainteresujmy się akcjami spółek mleczarskich.

Różne potrzeby konsumenta

Dzisiejszy wpis jest podsumowaniem trzech ostatnich publikacji dotyczących oszczędności w firmie. Zgodnie z obietnicą przedstawię praktyczne możliwości inwestycji i pokażę w zarysie co będzie najlepszym rozwiązaniem właśnie dla Ciebie.

Jeśli najbardziej zależy nam na bezpieczeństwie, zainwestujmy w obligacje. Zakładając że możliwość upadku państw UE (na szczęście temat ucichł i nie zapowiadają się kolejne transze wsparcia dla Grecji..) to najbezpieczniejsze rozwiązanie.

Ciekawe też będą obligacje korporacyjne – to odpowiednik obligacji państwowych jednak jest emitowany przed duże spółki i przedsiębiorstwa. Tutaj najważniejszym wyznacznikiem wyboru będzie wielkość firmy. Nie ma sensu kupować tych których zatrudnienie jest mniejsze niż 1000 osób oraz takich których udziały większościowe ma państwo. Można liczyć na stopy zwrotu o kilka pp wyższych niż WIBOR.

Wśród firm popularne są też tzw. skarbowe papiery dłużne – to również odmiana obligacji jednak tutaj konieczny będzie dział księgowy (kwestia wycen i rozliczeń).

Dla prywatnych inwestorów najbezpieczniejsze są standardowe lokaty jednak bardzo niskie oprocentowanie (tak, wiem – piszę o tym po raz n-ty) to nie do końca mądry wybór. Równie „proste” ale jakże mało rentowne są bony skarbowe.

Ciekawym rozwiązaniem jest albo samodzielna gra na giełdzie akcji albo powierzenie tej czynności biurowi maklerskiemu. Jeśli wybierzemy pierwszą możliwość, bardzo prosty i intuicyjny panel którym można zarządzać z domowego komputera udostępnia mBank.
Drugim – odrobinę bardziej ryzykownym i wymagającym większej wiedzy i doświadczenia – jest rynek walutowy. Tutaj również mamy możliwość dokonywania wszystkich operacji z domowego zaplecza. Jeśli zdecydujemy się właśnie na Forex, skorzystajmy z udostępnionych kont demonstracyjnych: dzięki nim nauczymy się podstaw i nie będziemy ryzykować prywatnych środków.

ROR to nie wszystko

Jak wspomniałem ostatnio, kwestia oprocentowania wybranego sposobu oszczędności to nie wszystko. Klientom często zależy na czasie, możliwości ewentualnego zerwania kontraktu terminowego (jakimi jest gro ofert) oraz na bezpieczeństwie.
Popularne lokaty których oprocentowanie (obecnie stopa depozytowa wg NBP wynosi ~1) ledwo pokrywa inflacje) nie stanowią efektywnego i korzystnego rozwiązania.

Podobnie przeżywające swoją drugą młodość fundusze inwestycyjne. To co prawda lepsze rozwiązanie – szczególnie w przypadku funduszów gotówkowych gdzie klient ma możliwość ewentualnego zerwania umowy – ale mimo wszystko nie jest doskonałe.
Dlaczego jednak lepsze? W odróżnieniu od tradycyjnych instrumentów bankowych, tutaj zapominamy o konieczności rolowania i żadne terminy nas nie obowiązują.

Oprocentowanie jest wyższe ale.. niestety fundusze nie dają gwarancji zysku. Mogą wręcz wygenerować stratę. Z drugiej jednak strony jeśli celem nie jest szybka gotówka a oszczędności pokładane na lata (dotyczy to zarówno osób prywatnych jak i firmy np: budowlane – tam często gotówka czeka latami aż pozwoli na zakup np: atrakcyjnych terenów pod budowę).

W węższym ale bardziej zorientowanym gronie popularnością cieszą się tzw. lokaty dwuwalutowe. Poziom ryzyka wyższy ale też można liczyć na naprawdę wysokie zwroty.
Jednak i tutaj także można znaleźć dużo korzystniejszą alternatywę. Skierowaną co prawda do przeciętnego Kowalskiego który inwestując na tzw: Forex może samodzielnie kupować i sprzedawać waluty w czasie rzeczywistym. Ponosząc bardzo niskie koszty obsługi (tzw. spread) może w ciągu kilku godzin wygenerować na tyle duży zysk iż będzie od wyższy od rocznej lokaty strukturyzowanej. Więcej o tym temacie można przeczytać na naszej stronie poświęconej tylko tej tematyce: Forex (i od razu zachęcam do zapoznania się z operatorami na stronie Brokerzy Forex).

Biura maklerskie oferują często wsparcie edukacyjne. Niestety z udostępnionych broszur niewiele można się dowiedzieć, jednak warto odwiedzić 2-3 większe biura (uwaga: biura są ubezpieczone od odpowiedzialności cywilnej, nie zmienia to faktu że zapisy podpisywanych umów jasno mówią że zawsze istnieje możliwość straty kapitału). To właśnie tam poznamy naprawdę szeroką ofertę i porównany ich możliwości.

Oszczędności w firmie (na co dzień)

Dziękuję za ciepłe przyjęcie ostatniego wpisu. Dziś po części jego rozwinięcie. Tematu dotyczącego inwestycji w przedsiębiorstwie.

Skupię się na małych firmach gdyż to właśnie z nimi mam największy kontakt. Część jednak przedstawionych tutaj zasad sprawdzi się zarówno w przypadku indywidualnego przedsiębiorcy jak i dużej kompanii.

Na początek krótki zarys historyczny. Jeszcze w latach ’90 wszelka chęć zainwestowania nadwyżek gotówkowych mogła być przeznaczona na lokaty które przetrwały do dziś i są najpopularniejszą metodą „oszczędzania*” wśród polaków. Drugim popularnym rozwiązaniem były tzw. depozyty overnight – czyli jednodniowe. W przeciwieństwie od równie popularnych T/N (tomorrow/next day) gdzie termin otwarcia określa się jako kolejny dzień roboczy po zawarciu zlecenia.

Dziś sytuacja jest diametralnie inna. Do wyboru są dziesiątki jak nie setki ofert różniących się nie tylko stopą zwrotu, terminem i ryzykiem. Przedsiębiorcy mają możliwość np: traktowania takiej inwestycji jako typowa strona kosztowa (możliwość odliczenia od podatku dochodowego). Niestety jest to niewykorzystana okazja. Wciąż najpopularniejszym rozwiązaniem jest lokata terminowa. Dzięki niej można dokładnie oszacować termin, możliwy przychód i ewentualne (jeśli istnieje) ryzyko. Z drugiej strony płynność firm często nie jest zależna od tych drobnych kwot tylko od głównego nurtu gotówki przeznaczanego na zakup sprzętu, wypłacane pensje i oczywiście marketing. Dlaczego więc RORy są pełne? Argumenty o dużym ryzyku często są wyłączone gdyż oferowane instrumenty objęte są gwarancjami BGF (Bankowy Fundusz Gwarancyjny).
W kolejnym wpisie postaram się przedstawić temat z punktu widzenia oprocentowania czyli czysta matematyka finansowa. Dodatkowo – jeśli tym razem uda się dotrzeć do meritum do którego dostać się od kilku wpisów nie mogę – przedstawię praktyczne podejście do tematu.

*oszczędzanie to co innego niż przychody ledwo przekraczające próg inflacji..

Inwestycja czy pieniądze w skarpecie?

Zastanawialiście się gdzie inwestuje się prywatną gotówkę? Pytanie dotyczy zarówno osób indywidualnych jak i przedsiębiorstw. Niestety zgodnie z ostatnimi badaniami CBOS (bez bliższego źródła informacji – te były podawane w TVP Wiadomości) ponad 98% polaków nie inwestuje, pozostawiając fundusze na popularnych RORach (rachunek oszczędnościowo-rozliczeniowy). O tyle to dziwne że dzięki temu banki zarabiają ponad 5mld zł rocznie. Bez dodatkowych kosztów – wszak do prowadzenia konta dochodzą opłaty za prowadzenie, za wypłaty z bankomatu, za przelewy..

Dodatkowo czarę goryczy przelewa fakt że bardzo podobne zachowania i tendencje można zauważyć w przypadku podmiotów gospodarczych. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego że tutaj prym wiodą jednoosobowe działalności gospodarcze. Niemniej w dalszym ciągu nie tłumaczy to faktu że wszelka nadmiarowa gotówka winna być w ciągłym ruchu! Czy to poprzez zakup środków trwałych (i ich późniejszą amortyzację) czy w postaci zakupu najprostszych obligacji (lub ew. lokat terminowych). Dlaczego nie trzymać na koncie firmowym? Ktoś mógłby zarzucić że pieniądze potrzebne są na ew. inwestycje wewnętrzne, chwilowe i spontaniczne (nieprzewidziane) zakupy potrzebne do dalszej pracy. Oczywiście. Niemniej ile razy bym się nie spotykał z kadrą zarządzającą finansami, osoby te doskonale sobie zdają sprawę z tego co i co ile czasu się kupuje.

Wszelkie z pozoru „nieprzewidziane” wydatki były zaplanowane z odpowiednim wyprzedzeniem. Dlaczego więc nie pójść w ślad za zachodnimi spółkami jak np: ostatnia sytuacja firmy Apple która wreszcie się ugięła i wypłaciła dywidendy akcjonariuszom?
Wyjątkiem z jakim spotykam się coraz częściej są firmy parające się zarządzaniem kapitałem. Tutaj sytuacja jest zgoła inna. Niemalże 100% środków jest inwestowanych a pieniądze są w ciągłym ruchu.

Wesołych Świąt!

Zdaję sobie sprawę że ilość czytelników bloga jest niewielka. Wynika to zarówno z jego młodego wieku jak i wąskiego grona potencjalnych odbiorców.

Niemniej…

Wszystkim czytelnikom życzę spokojnych i wesołych Świąt Bożego Narodzenia i szczęśliwego Nowego Roku!

 

zyczenia

Zlecenia Po Każdej Cenie

Jak już wiecie, jedna z najpopularniejszych taktyk stosowanych podczas inwestycji opiera się na przekonaniu iż trzeba generować maksymalnie dużo tzw. „sprawnych transakcji”. Najczęściej są one dokonywane w trybie PKC czyli Po Każdej Cenie. Dziś postaram się rozwinąć ten tok myślenia i przedstawić bardziej rozbudowaną taktykę gry.

Zlecenia giełdowe budowane są w myśl najważniejszych poleceń: „kup jeśli” oraz „sprzedaj kiedy”. Zamo jednak założenie jednego lub obu tych zleceń (lub jeśli ktoś już bardziej sprawnie nimi operuje: korzysta z wszelkiego rodzaju ich odmian) nie gwarantuje rentowności transakcji.

Dodatkowo – co będzie zaprzeczeniem tytułowego stwierdzenia – transakcji wcale nie musi być dużo. Najważniejsze aby były trafione. Oczywiście zgodzę się z każdą chyba początkującą osobą która stwierdzi że obserwowanie przez cały dzień wykresów i decydowanie się na tylko jeden czy dwa zakupy graniczy z nudą i ostatkami spokoju. Niemniej na początek najważniejszym jest właśnie obserwacja i wyciąganie wniosków. Zanim zagramy, zastanówmy się czy zakup byłby trafiony. Czy jednak lepszym wyjściem nie byłby wirtualny zakup i sprawdzenie co by było gdyby.. W ten sposób często uczymy się reagować na zachowania rynku i zaczynamy rozumieć jak działają inni, bardziej doświadczeni inwestorzy. Oczywiście to przychodzi z czasem.

Wracając do meritum. Wielu dopiero startujących inwestorów potrafi masowo skupować akcje tracące na wartości. Robią to na tyle bezmyślnie, iż korzystają przy tym z formuły PKC. Zdarza się więc że pierwszy pakiet kupimy za 300zł, ostatni zaś po 50zł. Występuje tutaj skrajny rozrzut. Gdyby inwestor się wstrzymał – mimo iż miał pewność że wartość zakupów w końcu się odbije – mógłby albo kupić większy pakiet albo po prostu wydać mniej na dotychczasowe zakupy.

Z drugiej jednak strony może zdarzyć się tak że kupujemy gdyż zależy nam na czasie. W takim wypadku zakup PKC jest o tyle rozsądny że następuje dopiero w momencie spadku wartości niemalże w punkcie załamania trendu.

Wszystkie inne przypadki będą stratą pieniędzy.

Wstęp do kolejnych zagadnień

Zgodnie z obietnicą dziś podejmę tematykę biur maklerskich i zarządzania (kontrolą) akcjami. Zacznijmy jednak od początku…

Chcąc w jakikolwiek sposób uczestniczyć w życiu giełdy należy mieć możliwość komunikacji z nią. Najprostszym sposobem jest skorzystanie z usług biura maklerskiego czyli firmy zajmującej się pośrednictwem we wszelkich naszych zleceniach. Pomijając sytuację zakupu akcji na rynkach pierwotnych – czyli podczas pierwszych emisji, to jedyna możliwość.

Kiedy już założymy konto, wpłacamy do firmy pieniądze i kiedy tylko chcemy dokonać jakiejkolwiek operacji, dzwonimy i powiadamiamy o tym pracownika.. Zaraz, zaraz! Przecież mamy XXI wiek! Powiadamianie telefoniczne lub osobiste faktycznie działało kilka lat temu. Dziś założenie konta nie wymaga wyjścia z domu a zarządza się nim bezpośrednio z komputera.

Dodatkowo – co wydaje się również standardem – istnieje możliwość zarządzania przez telefon, za pośrednictwem tabletu, przez przeglądarkę. Rzadziej: za pomocą specjalnej aplikacji (takie zaś działanie ma miejsce w przypadku rynków Forex – więcej o nich przeczytacie na drugiej mojej witrynie poświęconej Forex).

Jeśli chodzi o prowizje biur: są to tzw. prowizje maklerskie czyli drobne kwoty pobierane od każdej transakcji (zależne od jej wielkości; to procent wartości). Należy jednak zaznaczyć że nie płacimy za samo zlecenie ale dopiero za jego realizacje. Co to oznacza? Ni mniej ni więcej że biuro zarabia dopiero w momencie kiedy kupi lub sprzeda nasze udziały. Jest to o tyle ważne że nie zawsze istnieje możliwość realizacji zlecenia po ustalonym kursie (chociaż ten ustalany jest przez rynek). Jeśli więc nie będzie można znaleźć strony transakcji, ta będzie oczekiwać na pierwszy dogodny moment.

W tym momencie przechodzimy do bardziej istotnej kwestii: samych zleceń. Nadzór nad nimi spracuje KNF (Komisja Nadzorów Finansowych). Oczywiście nie oznacza to że jej przedstawiciele mówią nam co możemy sprzedać a czego nie 🙂 Chodzi tu nadzór nad prawidłowością przebiegu procesu handlu: rzetelności, braku możliwości oszustwa i płynności procedur.

Koniec końców sama decyzja o przystąpieniu do handlu zawsze należy do nas. Warto mieć jednak świadomość że w każdym przypadku możemy stracić pieniądze. Związane jest to z tzw. ryzykiem inwestycyjnym. Aby je zmniejszyć należy grać „z głową”. Nie tylko przewidywać kursy akcji kierując się przeczuciem a korzystać ze sprawdzonych metod, m.in. analizie technicznej (analizy wykresów, wyznaczanie trendu) i fundamentalnej (wszelkie raporty z rynku, analiza informacji). Nie rozwijam tych dwu terminów gdyż tematem zajmę się bardziej dogłębnie w kolejnych wpisach.